poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Rozdział V i 1/2

Od tygodnia leżę w łóżku. Zasmarkałam już cały swój niewielki kącik w kwaterze Hermesa. Jednak trening i kąpiel w jeziorze w piżamie był absolutnym niewypałem. Rozchorowałam się.
Kiedy tak leżałam, Beleth opowiadał mi o wyczynach herosów – tych starożytnych oraz tych współczesnych. Przygody Percy’ego i całej reszty były niesamowite, prawie niewiarygodne. Co prawda niektóre aspekty tych przygód nie były zbyt szczęśliwe. Na przykład Leo. No cóż, powiem tylko, że mu współczuję. Bardzo mu współczuję.
 - Aaaaa-psik! – kichnęłam po raz kolejny, kiedy Connor przyszedł do mnie z gorącym rosołem.
 - Sto lat – zaśmiał się cicho z tym swoim złośliwym uśmiechem chochlika.
 - Dziękuję – pociągnęłam nosem, szukając czystej chusteczki do nosa.
 - Prac w kamieniołomie, debilu – parsknął Lucyfer, po czym wybuch śmiechu moich kolegów sprawił, że poczerwieniałam na twarzy. Uspokoiło ich dopiero znudzone westchnięcie Tanny’ego.
 - Rosołek, ciepły, słony rosołek – uśmiechnęłam się ponuro, zajadając zupkę ze smakiem. – Dziękuję, Connor.
 - Nie ma sprawy, Madds. Kuruj się, bo Cas za tobą tęskni.
Wybuchłam śmiechem, kiedy odszedł. Jeśli Castiel za mną tęskni, to ja jestem baletnicą. Chociaż ostatnio już się dogadywaliśmy. Zjadłam zupkę z makaronem, chociaż trochę smakowała jak kakao, i położyłam się spać.

Znowu ten sam pokój z obsydianu. Cokół z czarną kulą stał obok mnie, ale tym razem panowała cisza. Nie było słychać ani kroków, ani głosów. Wyszłam więc z sali i zaczęłam zwiedzać. Byłam chyba w olbrzymim, mrocznym pałacu, bo wszystko było ciemne, ponure i straszne. Wyszłam do ogrodu – był piękny. Wszystkie rośliny… zrobione były z kamieni szlachetnych, na przykład rubinowe różyczki z diamentowymi łodyżkami. Ale coś się zepsuło i sen zamienił się w koszmar. Przede mną buchnęły płomienie, a z nich wyskoczyły olbrzymie kundle, wyglądające jakby chciały mnie zjeść. W sumie taki był chyba ich plan. Ale zanim zdążyły na mnie skoczyć, nad moją głową przeleciał wilk o srebrnym futrze. Widok Goliatha w takim miejscu mnie zdziwił. Zwierzę zagryzło piekielne ogary, po czym spojrzało na mnie smutnymi oczami i zawyło.

Kiedy się obudziłam, czułam się już wypoczęta i zdrowa. Zrozumiałam, czemu rosół smakował jak kakao. Connor musiał dolać to niego trochę nektaru, który mi pomógł wyzdrowieć. Po obozie niosło się wycie, tak żałosne jak w moim śnie. Nie zawracając sobie głowy ubraniem i bronią wypadłam z domku, pędząc na złamanie karku w las. W mojej głowie pojawiały się coraz straszniejsze obrazy tego, co mogło stać się Akiemu, że Goliath tak wyje. Biegłam z pół godziny, pewnie prawie wybiegłam poza granice obozu. Ale zobaczyłam straszny widok. Venom leżący na ziemi z czarnym sztyletem w ramieniu, patrzący na Akiego z taką miną, jakby samym wzrokiem chciał go zabić. Aki z kolei wyglądał spokojnie, chociaż jego dłoń dymiła i skapywała z niej krew.
 - Co tu się stało? – krzyknęłam. Obaj spojrzeli na mnie z furią, która po chwili minęła. Nagle obaj zdali sobie sprawę z tego, że są ranni. Ich wrzaski bólu zwabiły innych herosów i Chejrona. Wszyscy byli przerażeni.
 - Castiel, weź Venoma do Wielkiego Domu. Jamal, Arik, zabierzcie Ekayona do szpitala – rozkazał centaur. – Felix, Leo, Maddy za chwilę znowu się przeziębi. Nauczcie ją zakładać ubrania, a nie biegać w piżamie po lesie.
Poczerwieniałam, ale poszłam potulnie z chłopakami. Byli bladzi i trochę przerażeni, ale Valdez się uśmiechnął słabo.
 - Niezła zabawa, no nie?
Posłałam mu załamane spojrzenie, więc tylko mnie objął ramieniem, obiecując, że jak się przebiorę, zabierze mnie do Chejrona, żeby dowiedzieć się więcej o tej sieczce. Jako że Felix kategorycznie odmówił zabrania mnie tam przed śniadaniem, więc musiałam się ubrać i zjeść śniadanie tak szybko, że prawie zapomniałam złożyć ofiarę bogom. Ale jak już to zrobiłam z pełnymi ustami, pobiegłam do Wielkiego Domu. Te dwa chodzące opakowania energii nie mogły mnie dogonić, mimo że normalnie chyba są szybsi. Wpadłam dużego pokoju, a tam Reyna i Chejron rozmawiali o czymś podniesionymi głosami.
 - Chejronie! Twój podopieczny zaatakował Venoma! Złamał prawo gościnności!
 - Uspokój się, Reyno, proszę. Nic nie wiemy o tej sytuacji. Nie mamy pojęcia, co się tam wydarzyło. Nie możesz nikogo oskarżać – centaur próbował uspokoić przywódczynię Rzymian.
 - Byli tam sami, nie ma nikogo, kto może zeznawać. Tylko oni i ten kundel.
 - Ej, nie nazywaj Goliatha kundlem – rozległ się zimny głos Akiego, ale bardzo słaby. Zauważyłam po chwili, że siedzi w kącie, przytulając wilka. Venom siedział po drugiej stronie pokoju, patrząc uważnie na Reynę. – Możesz wysłuchać mojej wersji, możesz wysłuchać wersji swojego pupila, albo poprosić dzieci Hypnosa, żeby wydobyły wspomnienia z głowy Goliatha. Iris na pewno pomoże, jeśli uda się ją obudzić. To będzie sprawiedliwe, wilk nie umie manipulować wspomnieniami.
 - Nie wtrącaj się – warknęła Reyna, kucając przed Venomem. Jego ranne ramię zostało ładnie opatrzone. Miał je w temblaku, żeby go nie nadwyrężać. Za to dłoń Akiego wyglądała okropnie. Nawet w bandażu widać było, że okropnie krwawi i ropieje, chociaż rana została zadana godzinę temu. Podeszłam do niego i dopiero wtedy wszyscy mnie zobaczyli. Dotknęłam jego rany, a on aż syknął z bólu. W tej chwili do drzwi dopadł Felix, dysząc i przeklinając mnie. Ledwo się zatrzymał, Chejron posłał go po Iris. Cherry jęknął boleśnie, ale zasalutował i poszedł wykonać polecenie.
 - Dzieciaki od Apolla powinny obejrzeć jego rękę – stwierdził Beleth. – To może być bardzo poważne, wygląda jak trucizna.
Goliath zaczął węszyć dokoła moich nóg bardzo zaciekawiony. Ciche krzyki moich kolegów doprowadziły mnie do wniosku, że on ich wyczuwa. Aki ciągle się krzywił, zaciskając zdrową dłoń na rannej. Zerknęłam przez ramię na Venoma. Zastanawiało mnie, co zrobił wilczarzowi. Goliath zaskomlał cicho.
 - Chejronie – odezwałam się cicho. – Jego ręka. To chyba trucizna.
Centaur podszedł powoli do nas i wziął chłopaka za rękę.
 - Wygląda bardzo źle, Reyno. Co twój podopieczny mu zrobił?
Rzymianka spojrzała na nas niezbyt przyjaźnie, ale gdy zobaczyła, że rzeczywiście coś się dzieje, zwróciła się do V.
 - Co to jest? – spytała ostro. V się zaczerwienił, co było widać bardzo wyraźnie na jego białej, papierowej skórze.
 - No widzisz, Reyno… kiedy się na mnie rzucił z nożem… chciałem się bronić, ale…
Nie dowiedzieliśmy się, co „ale”, bo weszli Felix i Hazel, prowadząc zaspaną Iris. Goliath doskoczył do niej z piskiem, na co od razu się rozbudziła, łapiąc go za futrzastą szyję. Jej oczy nagle rozbłysły na błękitny kolor, a ona sama osunęła się na kolana. Nikt nie zdążył zareagować i znaleźliśmy się w środku lasu, w miejscu, gdzie jakiś czas temu V i Aki walczyli.
Venom stał spokojnie między drzewami i uśmiechał się rozmarzony, najwyraźniej napawając się zapachem świeżego, porannego powietrza. Wszyscy usłyszeliśmy szelest po lewej stronie, a po chwili z krzaków wyszli Ekayon i Goliath. Czarnowłosy powoli zbliżał się do V, ściskając w dłoni czarny sztylet. Serce podeszło mi do gardła, bo przestraszyłam się, że to naprawdę Aki zaczął tę walkę. Ale on tylko stanął za nim.
 - Wiem, coś ty za jeden. Wiem, co potrafisz. Nie wiem tylko, po co tu jesteś – wycedził, zaciskając palce na rękojeści noża. Goliath warczał cicho, ale zagłuszył go śmiech Venoma.
 - Nie wiem, o czym ty mówisz, psycholu. Zastanawiam się również, dlaczego jeszcze cię tu trzymają. Jesteś wariatem.
Goliath szczeknął krótko i nastroszył srebrne futro. Aki położył mu dłoń na łbie i rzucił nożem nad ramieniem V – ostrze wbiło się w drzewo, mijając chłopaka o parę milimetrów. Białowłosy spojrzał ze strachem na bruneta, cofając się o krok.
 - No chodź, spróbuj – szepnął zmieniając przerażenie na wściekłość. W tym momencie dowiedzieliśmy się, kto zaczął. Venom skoczył na Akiego, wyszarpnąwszy jego własny sztylet z pnia. Wilczarz odskoczył na bok, chwytając albinosa za ramię i ciskając nim o ziemię. Dostrzegłam, że przy tym ruchu brunet przypadkowo ściągnął przeciwnikowi rękawiczkę. Reyna stojąca obok mnie jęknęła i zaklęła. Białowłosy zerwał się z kolan, obracając się szybko, ale Aki zdążył chwycić sztylet. Wbił go w ramię przeciwnika, który chwycił go nagą dłonią za rękę. Brunet syknął i odskoczył do tyłu. Goliath zawył i znowu znaleźliśmy się w Wielkim Domu. Chejron spojrzał na V, który wbijał wzrok w podłogę, widocznie wściekły, że wszyscy dowiedzieli się, że on zaczął. Iris spojrzała na dłoń Akiego:
 - To trucizna, tak?
Reyna skinęła głową przybita i zawstydzona. Chejron kazał jej odprowadzić go do domku Apollina i wezwać kilkoro dzieciaków na pomoc. Zrobiła to zaciskając wargi, a my odprowadziliśmy Agonena do szpitala. Zostałam odesłana do Castiela, który razem z braćmi trenował młodszych obozowiczów. Siadłam z boku przypatrując się temu i próbując się czegoś nauczyć z obserwacji, ale byłam zbyt zaniepokojona. Bałam się o Akiego.

Przez całą noc nie spałam. Tak wyjątkowo nie przez rozmówki i kłótnie moich opiekunów. Tak jak cały obóz nie mogłam zmrużyć oka przez wrzaski Ekayona. Przeklinał wszystkich bogów i jednocześnie wzywał ich na pomoc.
 - Chłopcy, czy jest jakiś sposób, żeby mu pomóc?
 - Niestety, nie wiemy, Maddy - szepnął Beleth. - Nigdy nie spotkaliśmy się z czymś takim... ale jeśli dzieci Apolla nie dają rady, to nie wiem, kto może mu pomóc.
 - Teoretycznie... - zawahał się Lucyfer. - ... jeśli nie dzieci Apolla, to może podopieczne Artemidy dałby radę. Żyjąc w dziczy znają różne zioła.
 - Łowczynie, tak? Ale ich tu nie ma... a jeśli nikt mu nie pomoże, to on może umrzeć. Lucyfer, jak mogę sprowadzić Łowczynie do obozu?
Chłopcy zaczęli nagle jeden przez drugiego na mnie krzyczeć, że to bardzo zły pomysł i że mogę potem mieć problemy, ale ja już postanowiłam, więc odpuścili.
 - Rano przy śniadaniu złóż ofiarę Artemidzie - poradził Tanny, po wytłumaczeniu mi, co będę musiała zrobić, aby Łowczynie pojawiły się w obozie.

-----------------------------------------------------------------

To pół (albo raczej 1/10) rozdziału jest po to, żeby pokazać, że jeszcze żyję i nie mam zamiaru przerwać historii Maddy. A nawet więcej: to zapowiedź tego, że będę starała się wrzucać przynajmniej jeden rozdział na miesiąc. Może mi się uda :) Możliwe, że rozdziały będą krótsze niż te wcześniejsze, ale będą, więc życzcie powodzenia ^^

czwartek, 6 listopada 2014

Rozdział V

            Wraz z dzieciakami Hermesa stałam oparta o ścianę naszego domku i obserwowałam, jak Chejron przydziela Rzymianom opiekunów. Niebieskooki blondyn dostał Jedynkę, bo jak się okazało jest synem Jowisza, rzymskiego odpowiednika Zeusa, ale zamiast pójść do domku, pobiegł do domku Afrodyty, gdzie przytulił jedną z dziewczyn, Piper, i ją leciutko pocałował. Chwilę później zaatakował go od tyłu Leo, śmiejąc się jak wariat… czyli w sumie jak zawsze. Po reakcji blondyna (nie rąbnął Valdeza w łeb) domyśliłam się, że się kumplują. Uścisnęli sobie dłonie i zaczęli pogawędkę. Nico kilka metrów dalej witał się ze złotooką dziewczyną, która jest córką Plutona, rzymskiego Hadesa. Piękna dziewczyna z mechano-psami (Sam wyjaśnił mi, że to automatony) i pulchny chłopak o azjatyckiej urodzie poszli z Chejronem do Wielkiego Domu, gdzie mieli spać jako pretorzy, najważniejsi w swoim obozie ludzie. Za to tajemniczy Venom został przydzielony do domku Apolla, jako jego syn. Przyglądałam mu się z uwagą, podobnie jak wszyscy inni obozowicze. Nie wyglądał groźnie, jeśli nie patrzyło mu się w oczy. Z daleka jego śliczne platynowe włosy i radosne zielone oczka wydawały się należeć do dwunastolatka, choć w rzeczywistości chłopak miał szesnaście. Był wysoki i chudy, a do tego trupioblady. Ubierał się w fioletowy podkoszulek Obozu Jupiter, zwykłe jeansy i czarne adidasy. Na dłoniach miał czarne rękawiczki. Interesowało mnie, po co je nosi, ale wolałam nie pytać. Jego przyrodni bracia i siostry polubili go. Wydawał się sympatyczny. Ale nie tylko ja wyczuwałam w nim coś złego – Aki trzymający się w cieniu drzew groźnie odsłaniał kły, warcząc jak jakiś dziki zwierzak. Podeszłam do niego kilka minut po tym, jak wszyscy się rozeszli.
 - Co jest nie tak? – spytałam. Zwrócił na mnie swoje czarne oczy.
 - On pachnie śmiercią… nie powinniśmy go wpuszczać do obozu. Jest zły.
 - Ty za to jesteś dzikusem i cię tu trzymamy.
            Kąciki warg mu drgnęły, ale się nie uśmiechnął.
 - To nie to samo. Ty też czujesz, że coś z nim nie gra. Nie kłam. Powinniśmy się dowiedzieć.
 - Mam z tobą współpracować? Chyba cię pogięło.
 - Jak tam chcesz... jeszcze pożałujesz tej decyzji.
            Odszedł i zostawił mnie samą w ciemnej nocy. U Hermesa jeszcze paliły się światła, ale nie poszłam spać. Ruszyłam w las. Było bardzo cicho, słyszałam tylko swój oddech i trzask gałązek pękających pod moimi stopami. Nawet moi przyjaciele milczeli. Pewnie zostali w pobliżu domków.
            Szłam jakiś czas zagłębiona w swoich myślach, więc dopiero po godzinie wpadłam na to, że jest mi okropnie zimno, a w dodatku nie wiem, gdzie jestem. Szłam w dół zbocza, po nieosłoniętej drzewami przestrzeni – las został za moimi plecami. Odwróciłam się i poszłam w przeciwnym kierunku, licząc na to, że dojdę w ten sposób do obozu. Patrząc na gwiazdy żałowałam, że nie ma ze mną Sama. On by mi powiedział, która z nich to Gwiazda Polarna i gdzie jest północ. Ale szłam wytrwale pod górę, czując niemiłe kłucie w tyle głowy. Bolało mnie po walce z Castielem.
 - Ciekawe, czy mnie szukają? – zastanowiłam się na głos, obejmując się mocniej ramionami. Szczerze, wątpiłam, czy ktokolwiek zauważył w obozie nieobecność małej, potarganej szajbuski. Z pewnością jedli teraz pyszną, cieplutką kolację, złożoną z mięsa, pieczonych ziemniaczków, słodkich napojów. Na samą myśl zaburczało mi w brzuchu.
            Nie wiem, ile czasu tak szłam, wiem tylko, że weszłam w las i zachciało mi się płakać. To było przerażające, bałam się ciemności, zwłaszcza jak byłam sama. W lesie pewnie roiło się od niebezpiecznych stworzeń: wilków, niedźwiedzi i zapewne też jakichś potworów z mitologii. Rozglądałam się z paniką dokoła. I w pewnym momencie zobaczyłam parę czerwonych, lśniących ślepi, dokładnie dwa metry przede mną. Ich właściciel był sporym basiorem o srebrnym futrze. Na mój widok obnażył kły, ale zaraz potem obrócił się i zniknął między drzewami. Długo stałam wmurowana ze strachu w ziemię. Potem wszystko się wokół mnie zakręciło i zdawało mi się, że mam mokro w majtkach. Ale to było złudzenie. W końcu ruszyłam chwiejnie do przodu. Zdawałam sobie sprawę, że biegnę, ale nie potrafiłam się zatrzymać. Udało mi się to dopiero, kiedy usłyszałam wycie i głuchy łomot łap, uderzających w mokre liście. Upadłam na kolana. Już miałam zacząć wrzeszczeć ze strachu, kiedy przede mną kucnął chłopak. Podniósł mnie i otrzepał z ziemi.
 - Krasnalu, spokojnie – mruknął cicho, zakładając mi kurtkę na ramiona. – Wracamy do obozu, wyluzuj.
 - Castiel, co tu robisz? – spytałam. – Jesteśmy daleko od magicznej granicy, czemu tu jesteś?
 - Tak szczerze? Di Angelo kazał mnie i Akiemu cię szukać. Ten wilk to pupil emosa.
 - Znasz drogę?
 - Znam, chodź.
            Poprowadził mnie w milczeniu przez las. Nadal było ciemno, ale jakoś mniej się bałam. Wydawało się, że wszystko jest wyraźniejsze i jakby oświetlone. Ale podejrzewam, że to tylko moja umęczona wyobraźnia wreszcie odpoczęła.

            Obudziłam się, nie pamiętając, co działo się, odkąd Castiel przyprowadził mnie z powrotem. Jak przez mgłę przebijało się do mnie wspomnienie Iris i Felixa próbujących udusić mnie z radości. Albo za karę. Nie wiem, strach mnie wykończył. I Nico, który na mój widok uśmiechnął się z ulgą i coś powiedział w pustkę. Leżąc na plecach i gapiąc się w sufit, próbowałam ustalić, co mówił i po co. Po długim czasie, skojarzyłam, że mógł mówić do moich demonów, co wyjaśniałoby, skąd wiedział, że trzeba mnie szukać – mogli mu powiedzieć.
 - Maddy, w porządku? – spytał Zel. Owinął mnie ciepły wiaterek, chociaż leżałam w domku Hermesa, a wszystkie okna były zamknięte. Azazel zawsze jak chciał mnie dotknąć wywoływał przyjemny podmuch.
 - Tak, jest okay – odparłam siadając i się przeciągając. – To wy zaalarmowaliście wczoraj Nico, prawda?
 - Owszem, Madness – potwierdził Samael. – Z początku nie chciał nas słuchać, ale powiedzieliśmy, że chodzi o ciebie, więc się zgodził.
 - To było takie słodziutkie – zaszydził Lucyfer. – „Maddy? Mówcie, o co chodzi?”. Był taki zaniepokojony. Młodzieńcza miłość jest fantastyczna. Hahaha.
 - Zamknij się, hieno – polecił Satan tym swoim nienaturalnie opanowanym tonem. – Syn Hadesa jej nie kocha, jest tylko jej przyjacielem. To akurat dobrze. A że nas wysłuchał po tym jak go nawyklinałeś, to cud.
            Zaśmiałam się i przestałam ich słuchać. Umiejętność wybiórczego skupienia uwagi jest przy tych głąbach bardzo przydatna. W pół godziny uwinęłam się ze wszystkimi czynnościami porannymi. Nikogo nie było w domku, więc biorąc prysznic mogłam zdzierać sobie gardło do krwi.
            Wybiegłam z domku, poszukać znajomych. Podejrzewałam, że Iris mogę nie znaleźć, ale Felix mógł być tylko na plantacji truskawek. Popędziłam w tamtą stronę i już z daleka zobaczyłam tę jego czapeczkę i dredy. Skoczyłam na niego od tyłu, śmiejąc się jak wariatka. Upuścił koszyk, do którego wrzucał zerwane truskawki.
 - Cześć, Wisienko.
 - O, mała! Co tam? Spanie do trzeciej po południu pomogło odpocząć po nocnej eskapadzie do lasu?
 - Wypchaj się – mruknęłam rozbawiona. – To była tylko wycieczka rekreacyjna. Ja doskonale wiedziałam, gdzie jestem.
 - Hahaha, komiczne – parsknął śmiechem. – Bujać to my, a nie nas, Madds. W każdym razie dobrze, że nic ci się tam nie stało. Coś mogło cię zeżreć. Trochę szkoda by było.
            Uderzyłam go lekko w ramię. Zrywaliśmy do wieczora truskawki, rozmawiając i śmiejąc się radośnie. Potem razem poszliśmy na kolację, gdzie przywitałam się ze wszystkimi, którzy wczoraj się o mnie martwili. Podeszłam do Nika, który jadł kolację w towarzystwie Hazel. Spojrzał na mnie i ledwo widocznie uniósł kącik ust. Odłożył widelec.
 - Fajnie, że żyjesz.
 - Fajnie, że powiedziałeś Castielowi, że się zgubiłam.
 - Przyleciał do mnie ten twój cały Azazel. A potem cała reszta i powiadomili mnie, że cię zgubili.
 - Nieźli z nich opiekunowie, prawda? – zaśmiałam się cicho, przysiadając obok nich. Hazel zerknęła na mnie trochę nieprzekonana, ale po chwili wyluzowała o odwzajemniła uśmiech.
 - To duchy, tak? – spytała. Skinęłam głową.
 - Dobra, spadam. Wracam do ludzi od Hermesa. Travis i Connor będą mnie molestować, żebym im wszystko opowiedziała, więc muszę ju… - urwałam w pół zdania, bo między drzewami zobaczyłam błysk czerwonych ślepi. Poczułam dreszcz przechodzący mnie wzdłuż kręgosłupa. Nico podążył za moim wzrokiem, ale wyglądał jakby nic nie widział. Otworzył usta, by coś powiedzieć, ale mnie już nie było. Popędziłam za wilkiem do lasu.
            Wcale nie musiałam biec szybko. Zwierzę truchtało powoli i cicho między drzewami – gdyby nie to, że potrącało gałęzie krzewów, na pewno bym go zgubiła. Było ciemno. Nic nie słyszałam. Raz czy dwa traciłam wilka z oczu, ale zaraz do mnie wracał. Wyraźnie chciał, żebym za nim szła.
            Doprowadził mnie na jakąś ciemną polanę. Na środku płonęło niewielkie ognisko, a przy nim siedział cichy jak zawsze Aki. Usłyszał szelest i podniósł na mnie wzrok. W ciemnościach jego oczy wyglądały na złote. Spojrzeniem kazał mi usiąść obok siebie, więc to zrobiłam. Wilk położył się z łbem na łapach tuż przy nim. Podrapał zwierzaka między uszami.
 - Popatrz w niebo, Maddy – polecił. – Co widzisz?
 - Gwiazdy.
 - Właśnie. W obozie ich nie widać tak dobrze. A w nich ukrywa się nasza przyszłość. Wiesz, co ja widzę?
            Potrząsnęłam głową, zerkając na niego. Był tak spokojny, że to aż nienaturalne.
 - Ja widzę zbliżającą się walkę. Te dwie jaśniejsze gwiazdy… – wskazał palcem te, o których mówił. - … są symbolami świata ludzi i bogów. Widzisz, jak są blisko? To znaczy, że świat bogów zbliża się do ludzkiego. Dzieje się tak tylko, kiedy bogowie potrzebują herosów.
 - Ale chyba herosi są od pomagania bogom, nie?
            Parsknął śmiechem, przypominającym szczeknięcie psa.
 - Kto ci to powiedział? – spytał rozbawiony. – Te twoje duszki? Maddy, nie wierz ślepo we wszystko, co ci mówią. Herosi nie są od pomagania bogom, nie jesteśmy ich służącymi. Naszym obowiązkiem jest chronić świat przed sporami zdziecinniałych bóstw. Wszystko, co robimy „dla bogów”, robimy tak naprawdę dla ludzi. W każdym razie: to, że te dwie gwiazdy są tak blisko, oznacza, że znowu musimy pomóc bogom, albo cały ich świat pogrąży się w chaosie. A co za tym idzie, nasz też.
 - Skąd ty to wszystko wiesz?
 - Nie mam pojęcia. Właściwie to nie wiem, skąd umiem cokolwiek. Jeszcze parę miesięcy temu mieszkałem w Finlandii u rodziny zastępczej.
 - To inny kontynent – zauważyłam. – Jak się tu dostałeś?
 - Samolotem. Nieważne, nie wypytuj mnie – warknął. – Wracaj do obozu, Goliath cię odprowadzi.
            Wilk słysząc swoje imię wstał bezszelestnie i ruszył między drzewa. Nie mając większego wyboru pobiegłam za nim, bo w drogę powrotną już się spieszył. Miałam mętlik w głowie po tej rozmowie. W cholerę nie potrafię zrozumieć tego typa. Raz jest fajny, a chwilę później to cham skończony.
            Do domku Hermesa wpadłam zdyszana po gonitwie za zwierzęciem, a tam już wszyscy poza Connorem spali. Uśmiechnął się do mnie złośliwie.
 - No, no… gdzie to się panna Madness szlaja? – zakpił wesoło. Rzuciłam w niego butem. – No żartuję.
 - Byłam w lesie z Akim – palnęłam, bo nie przyszło mi akurat do głowy żadne sensowne kłamstwo.
 - Dostąpiłaś zaszczytu zakłócenia jego samotni? – syn Hermesa zrobił wielkie oczy, widocznie powstrzymując śmiech. Skinęłam głową, ściągając drugiego buta. Wiedząc, że moi opiekunowie są w domku i też będą mnie maglować, żebym im opowiedziała wszystko ze szczegółami, streściłam Connorowi przebieg spotkania. Wysłuchał mnie z powagą niegodną syna Hermesa, ale jak tylko skończyłam, znowu się uśmiechnął.
 - Hahaha, randka z Akim. On zawsze tak gada – stwierdził. – Co jakiś czas zaprasza jakiegoś obozowicza na rozmowę pod gwiazdami i mówi to samo, co tobie.
 - A oni co na to?
 - Są zestrachani, kiedy mówi im o końcu naszego świata. Szepczą między sobą o tym, co powtarza. Nico to raz usłyszał. Urządził Akiemu awanturę, że straszy dzieciaki. A resztę znasz, bo codziennie się kłócą.
            Położyłam się na łóżku, gapiąc się w sufit. Po parunastu minutach usłyszałam chrapanie Connora.
 - Chłopcy, mam dla was zadanie – oznajmiłam tak poważnym tonem, że sama zaczęłam się z siebie śmiać.
 - Co możemy zrobić, pani generał? – zakpił Lucyfer.
 - Dwóch z was będzie śledzić Akiego i mi donosić. Dwóch będzie pilnować tego całego V. Podzielcie się robotą – rozkazałam, powstrzymując chichot.
 - To ja chcę Venoma! – zgłosił się Zel. Do pary z nim poszedł Let. Na niańki Akiego zgodzili się Lucek i Sam. Bel, Tanny oraz Fel zostali ze mną, o zgrozo! Dlaczego akurat te dwa plażowe zboki?
            W końcu zamknęłam oczy, wsłuchując się w ich tradycyjne wieczorne sprzeczki i zasnęłam.

            Znowu byłam w ciemnym pomieszczeniu, ale stałam obok postumentu z czarną kulą. Spojrzałam na nią. Była zupełnie ciemna, choć wyglądała na lekko zadymioną. Wyciągnęłam rękę, aby jej dotknąć. W tej samej chwili rozległy się kroki, dobiegające zza zamkniętych, masywnych drzwi. Cofnęłam się pod ścianę, jakby chcąc się w nią wtopić. Chwilę później do kroków dołączyły głosy.
 - To wspaniałe, prawda? Znowu możemy się bić. Możemy dotknąć rzeczy, przytulić dziewczynę – zachwycał się jeden z nich.
 - Tak… ale za jaką cenę – zauważył poważnie inny. – Naprawdę myślisz, że śmierć tego chłopca była potrzebna?
 - Bez niego nie byłoby nas tutaj. Czy ci się to nie podoba?
 - Podoba, ale cóż, kiedy ceną było życie niewinnego dziecka?
 - Cieszmy się, że to nie życie Maddy.

            - Tanny! – wrzasnęłam, spadając na podłogę z głośnym hukiem. Dzieci Hermesa zerwały się chwytając broń. Uklękłam zgarniając włosy ze spoconego czoła. Na widok ich zadziwionych min, uśmiechnęłam się szeroko. – Heeeeej, dzień dobry! No co tam u was? Coś nie tak?
            Nie odpowiedzieli mi, ale zaraz poleciała we mnie fala poduszek, której towarzyszył zbiorowy jęk.
 - Maddy!
            Zaczęłam się śmiać i uznałam, że pozwolę im jeszcze spać, więc wyszłam w piżamie na zewnątrz. Było dość zimno, bo dopiero słońce wstawało. Kompletna cisza pozwoliła mi się opanować po tym koszmarze. Doszłam na arenę, gdzie mimo lodowatego powietrza trenowało już trzech chłopaków. To był taki dziwaczny widok, że zatrzymałam się w miejscu ze szczęką na ziemi.
            Jak zwykle poważny, skupiony Castiel ćwiczył bez koszulki. Olbrzymi dwuręczny miecz był większy od niego, ale to nie stanowiło problemu. Posługiwał się nim bez większego problemu, uderzając w drewniany manekin tak mocno, że drzazgi leciały.
            Zagadkowy Aki walczył z ruchomymi manekinami, pojawiającymi się dokoła niego, gdy tylko wszystkie wcześniejsze były podziurawione. Nagle się zatrzymał i na mnie popatrzył. Za jego plecami wyskoczył kolejny cel, a on nawet się nie odwrócił tylko wbił sztylet w miejsce, gdzie normalnie byłoby ludzkie oko. Przeszły mnie ciarki.
            Tajemniczy Venom utrzymał ciężki półtorak jedną ręką i machał nim jak drewnianym mieczykiem. Uśmiechał się pod nosem i tańczył lekko pomiędzy przeszkodami, co jakiś czas przerywając Castielowi ćwiczenia, żeby ze śmiechem odparować jego cios. Syn Aresa wydawał się być tym rozbawiony, bo wcale nie krzyczał na chłopaka, a tylko go odpychał z daleka od siebie.
            Nie mogłam się na to napatrzeć – to wyglądało jak… cholerka, no nie wiem! Wyglądało pięknie. Trzech chłopaków trenujących jednocześnie bez przeszkadzania sobie nawzajem. Nagle powietrze przeciął ostry, jednostajny gwizd. Rozejrzałam się, ale jak się okazało to tylko Aki. Cas i V popatrzyli na niego, potem na mnie, a potem się uśmiechnęli. Zdążyłam podnieść kąciki ust, kiedy obaj rzucili się na Akiego od tyłu. Wydałam z siebie dziwny dźwięk, chociaż niepotrzebnie. Właściciel wilka odwrócił się w oka mgnieniu i sparował oba ciosy sztyletami, powalając przeciwników na ziemię. Szybko się podnieśli i ponowili atak. Tym razem upadł tylko Venom, odepchnięty kopniakiem starszego chłopaka. Castiel zaś dalej nacierał na niego z uporem malującym się na twarzy. Wilczarz prawie się śmiał.
            Patrzyłam na tę walkę trwającą w nieskończoność tak zafascynowana ich zdolnościami, że nie zauważyłam kiedy podeszli do mnie Leo oraz Felix.
 - Emm… Castiel – odezwał się Leo, tłumiąc śmiech, kiedy rozproszony syn Aresa wylądował na ziemi ze sztyletem przy gardle.
 - Czego, Valdez? – warknął brunet, skopując Akiego z siebie.
 - Tak się zastanawiam, czy możemy zacząć trening Maddy?
 - Jaasne, tylko zabierz ze mnie tego dzikusa.
            Aki stanął wyprostowany, otrzepując spodnie z kurzu. Nie zaszczycając nas słowem pożegnania poszedł w stronę lasu i zniknął w gęstwinie. Castiel wstał z pomocą Venoma i się przeciągnął.
 - Dobra. Mała panienka gotowa? To zaczynamy od dwudziestu kilometrów przebieżki, a potem zobaczymy. Wio!
            Gdyby Leo mnie nie popchnął, rzuciłabym się na typa. On do mnie jak do konia się zwraca. Chociaż kto wie, czy dla konia nie byłby milszy? Truchtałam między drzewami z Leo, Felixem i Venomem u boku. Było dość przyjemnie – powietrze robiło się coraz cieplejsze, słoneczko pięknie prześwitywało przez korony drzew, a Leo zaliczył spektakularną glebę, bo potknął się o korzeń. Wywołało to śmiech Felixa.
 - To było piękne, mistrzu – stwierdził, kucając obok Valdeza. – Naucz mnie tej tajemnej magii.
 - To nie magia, to wyciągnięcie pecha na wyższy level.
 - Eh, ty ofiaro – zakpiłam wesoło. – Tylko ty umiesz się tak wyłożyć.
 - Szlachta się nie wykłada, szlachta atakuje podłoże – zaperzył się syn Hefajstosa, siadając z obrażoną miną.
 - Szlachta? – wtrącił się V. – Chyba ci się epoki pomyliły.
            Popatrzyliśmy na niego w milczeniu. Chwilę później po całym lesie rozniósł się nasz śmiech. Najwyraźniej dotarł on również do Castiel, bo chłopak do nas przybiegł.
 - Eeeeeej, wy mieliście biegać, a nie kabarety urządzać – zauważył, pomagając Leo wstać z ziemi. Venom wzruszył ramionami równo ze mną.
 - Wyluzuj, Cas, nie ma się co spinać, koleś – stwierdził beztrosko. Pokiwałam głową na potwierdzenie, próbując nie śmiać się ze zdezorientowanej miny syna Aresa. Felix patrzył na czarnowłosego z zamyślonym uśmiechem. Trącił łokciami Valdeza i Rzymianina, kiwając wymownie w stronę bruneta. Szatańskie uśmiechy pojawiły się na ich twarzach.
 - O-ou! – usłyszałam chóralny śmiech moich przyjaciół. Tylko Samael i Tanny próbowali się powstrzymać.
            Castiel się cofnął sięgając po miecz, ale go nie znalazł, bo V z prędkością atakującej żmii dorwał go pierwszy. W tym samym momencie Leo i Felix rzucili się do jego nóg i go wywrócili chwytając za nogawki. Ja i Venom złapaliśmy za ramiona i choć syn Aresa się rzucał i wierzgał, nie miał większych szans z trzema chłopakami. Donieśli go z moją niewielką pomocą do jeziora i wrzucili do wody. Wrzask jaki temu towarzyszył, a zaraz potem śmiech, kiedy wciągnął naszą czwórkę za sobą, zwabił wilka. Jak mały szczeniak zwierzę wskoczyło między nas parskając i ochlapując nas wodą. Leo przytulił zwierzaka.
 - Obozowa Maskotka – zażartował, wtulając nos w miękkie futro wilka. Felix zanurkował pod zwierzę i też się do niego przytulił. Venom wyszedł szybko z wody i usiadł na brzegu, dusząc się prawie ze śmiechu. Castiel popatrzył na mnie.
 - Pilnuj się, krasnalu – syknął mi na ucho. – Zemszczę się za to – zagroził ze śmiechem, po czym złapał mnie w pół i wciągnął pod wodę.
            Zaczęłam się wyrywać spanikowana, ale on mnie trzymał. Uspokoiłam się po chwili, więc chwycił mnie za nadgarstek i przyłożył sobie palec do ust. Wyciągnął dłoń i wskazał przepływającą ławicę srebrnych rybek. Z moich ust wydobyły się bąbelki.
            Kiedy wypłynęliśmy na brzegu razem z Venomem siedział Aki, a Leo i Felix właśnie wychodzili, żeby się wysuszyć. Goliath położył się przy swoim właścicielu i zamknął ślepia. Dołączyliśmy do nich.
 - No i tyle nam wyszło z treningu – westchnął syn Aresa, kładąc się na piasku. – Jutro wam nie odpuszczę.
 - Zobaczymy – parsknął Leo z powątpieniem.
 - Cichaj, Valdez – rozkazałam ze śmiechem. – Serio chcę się czegoś nauczyć.
            Znowu zaczęliśmy się śmiać. Tylko Aki milczał, drapiąc swojego pieszczocha między uszami i spoglądał z ukosa na Venoma.

piątek, 15 sierpnia 2014

Rozdział IV

            Stałam w jakimś długim korytarzu. Nie wiedziałam, co tam robię. Stałam bezmyślnie gapiąc się przed siebie w ciemność, na końcu której majaczyły mi otwarte drzwi. Za nimi rozciągał się jasny las – żółtawo-pomarańczowa poświata wskazywała na to, że jest środek jesiennego dnia. Czułam ciepły wiaterek wpadający przez drzwi do korytarza. Chciałam pobiec w tamtą stronę, ale byłam jak przyklejona do podłogi. Pochyliłam się, żeby rozwiązać buty i uciec bez nich, jednak gdy tylko dotknęłam sznurowadła, poczułam palący ból w lewej skroni. A zaraz potem mrowienie ramienia i nieprzyjemne uczucie pustki mną zawładnęło. Usłyszałam spanikowane głosy moich opiekunów, a potem jeszcze kilka innych.
 - Chejronie, czy nic jej nie będzie? – zapytał piskliwy głosik, jakby należący do wróżki. – Bardzo mocno oberwała.
 - Zachowaj spokój, Iris – poprosił głęboki, przyjemnie buczący głos. – Jak mówiłem, opatrzyłem wszystkie jej rany, gdy się obudzi, wszystko będzie dobrze. Castiel, masz wielkie szczęście, że Ekayon zdążył na czas ją wyłowić. Mogłeś ją zabić.
 - Ile razy mam przepraszać, Chejronie? – krzyknął wściekły męski głos. – Nie chciałem jej zrobić krzywdy, to nie moja wina, że się potknęła i spadła po tym cholernym zboczu do morza. Nie sądziłem, że obije sobie głowę i zemdleje pod wodą.
            Zaraz potem usłyszałam trzask zamykanych ze złością drzwi i bardzo delikatny głos, brzmiący jakby jego właścicielka była pod wpływem mocnych środków odurzających.
 - Chejronie, ty także powinieneś być spokojny – poradził. – Castiel naprawdę nie chciał nic złego jej zrobić. Zbyt surowo go traktujesz.
 - A ty jesteś dla niego zbyt pobłażliwa, Rachel – stwierdził Chejron. Rozległ się skrzyp przemieszczającego się wózka inwalidzkiego. – Castiel już nie raz sprawiał nam problemy, a ty wciąż go bronisz i udajesz, że jest niewinny. Ile razy ominęła go kara za przewinienia?
 - Ani razu, dyrektorze – przypomniał cicho jakiś mocny głos. – Za każdym razem, gdy Rachel wszczynała śledztwo, okazywało się, że Cas jest niewinny.
 - Racja, Percy – poddał się Chejron. – Przypilnujcie, Maddy. Muszę pomówić z Castielem.
            Znowu drzwi się otworzyły i zamknęły. Głosy ucichły, a ja znowu odpłynęłam.

            Śniła mi się walka. Stałam naprzeciw Castiela, którego pewna siebie mina sprawiała, że ze strachu miękły mi nogi. Natarł na mnie pierwszy tak szybko, że nie miałam szansy się przed tym obronić. Zwłaszcza, że na treningu uczyli mnie walki przeciw praworęcznym wrogom, a on był mańkutem, co znacznie utrudniało mi sprawę pokonania go. I tak miałam nikłe szanse, ale zawsze jakieś. Pierwsze co to dostałam rękojeścią w lewą skroń, cofając się przed kolejnymi dwoma uderzeniami, które wykonał w zastraszającym tempie. Nie wierzyłam, że taki wielki koleś umie się tak szybko i zgrabnie poruszać. A w walce ruchy Castiela wyglądały jakby tańczył. Uderzał mnie płazem miecza, chociaż mógł mnie zranić już dawno. Chyba tego nie chciał, ale mimo to napierał na mnie cały czas z uporem, malującym się na twarzy. Popychał mnie do zbocza wzgórza, a ja wytrwale parowałam jego ataki, starając się utrzymać na nogach. Miałam wrażenie, że to będzie najkrótsza walka w całej historii Obozu Herosów, co potwierdził mi cicho w głowie Beleth. Wcale nie poprawiło mi to humoru ani nie wzmocniło koncentracji. Nagle Castiel przestał atakować i przyjrzał mi się, opuszczając gardę.
 - Zamierzasz mnie może zaatakować? – spytał rozbawiony.
 - Tak – wydyszałam. – Czekam tylko na odpowiedni moment… a on jeszcze nie nadszedł.
            Chłopak bawił się przednio, patrząc jak jestem zmęczona. Stał i czekał, aż się pozbieram. To było bardzo honorowe jak na mój gust. Po kilku minutach wstałam i zacisnęłam mocniej dłoń na rękojeści sztyletu. Brwi Casa powędrowały w górę czoła, gdy zobaczył jak trzymam broń.
 - Po tym pojedynku powinnaś pójść na jakieś dodatkowe zajęcia szermierki, nawet nie umiesz dobrze złapać rękojeści – stwierdził, podnosząc miecz do góry.
 - Jak taki mądry jesteś, to sam mnie poucz – zaproponowałam, chcąc przedłużyć sobie czas na odpoczynek. Wybuchł śmiechem.
 - Myślisz, że nie mam nic lepszego do roboty, tylko uczyć jakąś nieuznaną smarkulę? Nie jesteś taka głupia, jak myślałem na początku, co nie znaczy, że zamierzam się z tobą zadawać.
            Potrząsnęłam głową, myśląc sobie, że ten bufon ma jakiś gen drażnienia ludzi. Wyprostowałam się, próbując oddychać głęboko. Zamknęłam oczy, a gdy je otworzyłam, prawie poczułam prąd, który przeszedł mnie od stóp do głowy, dodając mi energii. Zaatakowałam Castiela, celując w jego ramię swoim mikrym ostrzem. Kpiący grymas wykrzywił jego usta, a ciało chyba odruchowo wykonało unik, więc wpadłam z rozpędu na drzewo. Uderzyłam się w głowę, ale natychmiast odwróciłam się i spojrzałam mu w oczy. Tak poradził mi Lucyfer, a on się zna na walce podobno. Skoczyłam znowu do przodu, ale potknęłam się. O sznurówkę, której nie zawiązałam! Zaplątały mi się nogi, rozległy się krzyki widowni, a ja runęłam na ziemię. Upadłam na mokrą trawę. Kiedy próbowałam wstać, obsunęła mi się noga i stoczyłam się po zboczu. Przetoczyłam się po piasku, a na koniec wpadłam do wody. Pamiętam jeszcze okropne pieczenie na skroni i kolejny plusk. Zobaczyłam czarną czuprynę, a potem straciłam przytomność.

            Otworzyłam oczy.
 - Hej, śpiąca królewno – przywitał mnie radosny głosik. Elfie uszka, duże brązowe oczy i plątanina loczków nachylały się nade mną. Leo szczerzył się jak głupi, chociaż było w tym trochę ulgi. – Wyspałaś się?
 - To zależy, ile tak leżałam – odparłam, siadając. Czułam pulsujący ból w stroni. Dotknęłam jej palcami, wyczuwając opatrunek.
 - Tylko dwa dni, niektórzy miewali gorsze obrażenia – wtrąciła siedząca w kąciku Iris. Też wyglądała jakby właśnie się obudziła, co było bardzo prawdopodobne. – Pilnuj jej, Leonardo, idę po Chejrona.
 - Leo-co?
            Dziewczyna wyszła ze szpitala podskakując jak dziewczę na łące, nie odpowiedziawszy na pytanie Leona. Spojrzeliśmy na siebie rozbawieni, po czym poprosiłam go, żeby opowiedział mi, co wydarzyło się, kiedy straciłam przytomność. Zrobił to. Powiedział, że kiedy wpadłam do wody Aki skoczył za mną do wody i mnie wyciągnął, bo straciłam przytomność i sama nie mogłam wypłynąć. Tylko tyle przegapiłam.
 - Ej, a co jest z Castielem? Raz się przebudziłam i słyszałam, jak Chejron na niego krzyczy.
 - Trochę miał mu za złe, myśleliśmy, że coś ci się stało – wzruszył ramionami Leo. – Ale już jest w porządku, tylko Cas musi teraz trenować takie sierotki jak ty.
 - Dlaczego musi? Za karę?
 - Nie, sam się zgłosił. Uznał, że jeśli wszyscy nowicjusze walczą tak samo beznadziejnie jak ty, to niedługo przeżyją „na wolności” jak on to powiedział.
            Wywróciłam oczami. Bogowie, co za niereformowalny typ z tego Castiela. Muszę się z nim zobaczyć, ale Chejron chce się najpierw ze mną zobaczyć, więc siedziałam grzecznie w łóżeczku. Po kilkunastu minutach do szpitala wjechał Chejron na swoim magicznym wózku i zapytał, czy dobrze się czuję. Zapewniłam go, że wszystko jest ze mną w jak najlepszym porządku. Co ciekawe, nie uwierzył mi i kazał Leo zawołać Castiela. Sam podjechał do okna, wyglądając za nie z zamyśloną miną. Zupełnie odleciał.
 - Maddy! – zawył zrozpaczony głosik Azazela. – Maddy! Nic ci nie jest, ty żyjesz. Tak długo byłaś nieprzytomna. Bałem się, że cię już nie odzyskamy.
            Rozpłakał się.
 - Przecież spałam tylko dwa dni, uspokój się, Zel – poprosiłam szeptem.
 - To zrozumiałe, że się martwił, Madness – odezwał się spokojnie Beleth. – Nie tylko on. Wszyscy byliśmy bardzo zaniepokojeni twoim stanem zdrowia. Sam Chejron mówił, że być może stracisz pamięć.
 - I co my byśmy wtedy zrobili? – zakpił Bel. – Zapomniałabyś, jak bardzo nas kochasz. I jak bardzo lubisz się ze mną droczyć.
 - Nie, Plażowy Zboku, tego się nie da zapomnieć. Za bardzo zryłeś mi psychikę, żebym miała cię zapomnieć. Nieważne jak bardzo bym chciała.
            Cała siódemka wybuchła śmiechem, a ja nagle zachciałam ich przytulić. Do szpitala wszedł Castiel wciskając ręce w kieszenie. Jak zwykle miał nonszalancko potargane włosy i ponurą minę, ale na mój widok kąciki ust mu lekko drgnęły.
 - Cześć, krasnalu – odezwał się pierwszy, nim zdążyłam coś powiedzieć. – Fajnie, że się nie zabiłaś.
 - Potknęłam się o sznurówkę i się poślizgnęłam – mruknęłam, rumieniąc się. Będzie mi wytykał, że z nim przegrałam.
 - Wiem, widziałem. Dlatego mam dla ciebie prezent, jak już opuścisz szpital.
 - O, fajnie – nieźle mnie zaskoczył. Potrząsnęłam głową. – Podobno uczysz nowych walki.
 - Owszem, uznałem, że za długo nie pożyją, jeśli dostaną od Wyroczni misję. A Chejron uznał, że to dla mnie dobra kara za narażanie twojego żałosnego żywota.
 - Miły jesteś…
 - Tak – usiadł na brzegu mojego łóżka i się nachylił. – Tylko ta kara lepiej by się sprawdzała, gdyby nie sprawiała mi przyjemności. Założyłem wolontariat.
            Nie bardzo wiedziałam, co powiedzieć. Castiel i wolontariat to dwa słowa, które ni w cholerę mi do siebie nie pasowały, nawet jeśli były faktem. Spytałam, na czym dokładnie ten wolontariat polega, więc mi wyjaśnił. On i grupka starszych obozowiczów zaprawionych w różnych dziedzinach walki założyli prywatną szkołę dla nowicjuszy, żeby ich przygotować na prawdziwe treningi indywidualne. Jego dwaj kumple pomagali mu w szermierce, Annabeth uczyła posługiwania się sztyletami, jakaś parka od Apolla robiła szkolenie z łucznictwa. Uznałam, że to świetny pomysł, żeby pomóc młodszym dzieciakom, a przy okazji sama z tego skorzystam.
 - Valdez nawet żartował, że to Szkoła Młodych Herosów imienia Mandess Insane, bo to z twojego powodu ją założyłem – zakończył wyjaśnienia Castiel, wstając z łóżka. – Więc jak już będziesz mogła walczyć, to zajrzyj do nas. Może cię czegoś nauczymy.
            I wyszedł ze szpitala w o wiele lepszym humorze niż kiedy do niego przychodził. Zerknęłam na zamyślonego Chejrona. Nie odezwał się słowem podczas tej rozmowy. Podejrzewam, że nawet nie zauważył, że Castiel tu był. Wyszłam z łóżka i podeszłam do niego.
 - Chejronie… czy coś się stało? – spytałam beztrosko. – Błądzisz myślami w chmurach.
 - Nie zawracaj sobie tym głowy, Mandess – uspokoił mnie, wciąż wpatrując się za okno. Odpowiedział machinalnie, zupełnie odruchowo. – Możesz już wrócić do domku Hermesa, panowie Hood się ucieszą.
 - Ale jeśli coś będzie nie tak, to powiadomisz obozowiczów? – na to nie odpowiedział.
 - Nie bój się, Mads, Chejron wie, co robi. Jeśli coś złego się zbliża, nie pozwoli, by dotarło do Obozu – zapewnił mnie Samael ciepłym głosem. Skinęłam głową, założyłam buty i wyszłam ze szpitala. W domku Hermesa panował rutynowy harmider, którego nie przerwało nawet moje wejście. Zobaczył mnie tylko Travis i podbiegł radośnie.
 - Siemasz, jak się czujesz? – spytał prosto z mostu.
 - Dobrze, mam wrażenie, że już nigdy nie zasnę. Wyspałam się za wszystkie czasy.
 - Odwiedzisz szkołę Castiela?
 - Obiecałam mu. Pytał się ktoś o mnie?
 - Nie, tylko cały Obóz – zażartował, obejmując mnie ramieniem. – Chodź, zaprowadzę cię.
            Poszliśmy na plac treningowy, gdzie przy każdym stanowisku stały po dwie, trzy osoby uczące walki daną bronią. Annabeth, Percy i (co ciekawe) Nico służyli radą przy sztyletach, Castiel, Jamal i Arik pomagali w szermierce, a łucznictwo prowadziły dzieciaki Apolla. Młodzi herosi byli bardzo zadowoleni, że dostali takie wprowadzenie uogólniające, które pomoże im wybrać dziedzinę, jaką w przyszłości będą doskonalić. Wszystkiemu z daleka przyglądał się Aki. Podeszłam do niego cicho, ale i tak mnie usłyszał.
 - Dobrze, że żyjesz – mruknął niezbyt zachęcającym tonem.
 - Też się cieszę. Czemu się tak patrzysz? Chcesz pomóc? – spytałam wesoło.
 - Nie.
            Skrzywiłam się na ten lodowaty głos.
 - To nie rozpraszaj uczniów, gapiąc się na nich jak wilk na jelenie.
            Odeszłam od niego szybko, żeby się na mnie nie rzucił. W podskokach podbiegłam do Castiela, który akurat poprawiał jakiemuś chłopaczkowi pozycję, mówiąc, że musi się wyprostować. Zachwycający widok, jak taki miły jest.
 - Umów się z nim, zamiast się nad nim rozpływać – zasugerował złośliwie Belzebub.
 - Taak! Może jest bogaty, więc jak już się z nim ohajtasz, to zostawi ci w spadku fortunę – zachichotał Lucyfer. Ta myśl mnie rozbawiła, ale kazałam mu się przymknąć.
            Zaczął się trening. Oczywiście Nico ze swojego stanowiska pilnował, żebym przypadkiem się nie przemęczała, ale było widać, że sam jest wykończony. A może on zawsze wygląda jakby nie spał od tygodnia?
 - Prezent jest w pawilonie jadalnym na twoim miejscu – powiedział Castiel wieczorem, kiedy rozchodziliśmy się do domków, żeby się odświeżyć przed kolacją. Skinęłam głową, co trochę zabolało. Mimo że na treningu nie czułam rany na skroni, to przy każdej przerwie ból rozrywał mi czaszkę.
            Na moim miejscu przy stoliku domku numer dziewięć stało kartonowe pudełko. Otworzyłam je i zobaczyłam w nim buty. Zwykłe czarne tenisówki bez sznurówek, bez rzepów, bez suwaków, bez niczego. Normalne wsuwane buty. Tyle, że o rozmiar za małe. Spojrzałam w stronę dzieci Aresa, gdzie Castiel najspokojniej w świecie przepychał się z braćmi, walcząc o ostatni kawałek jagnięciny. Wyglądał niesamowicie śmiejąc się i bawiąc przy stole. Jak nie on.
            Zauważyłam, że do Chejrona podbiegł jakiś mały satyr i szepnął mu coś na ucho. Centaur skinął głową i zawołał do nas:
 - Obozowicze, mam nadzieję, że wykonaliście moje polecenie, które dostaliście wczoraj.
 - Jakie polecenie? – szepnęłam do bliźniaków.
 - Mieliśmy wysprzątać domki na błysk. Chyba zauważyłaś, nie? – odparł również szeptem Connor.
 - No tak…
 - Za kilka minut będziemy mieć gości, z których każdy zostanie przydzielony do odpowiedniego domku. Proszę was, abyście traktowali przyjezdnych z odpowiednim szacunkiem.
            Siedzący samotnie przy stole Łowczyń Aki, parsknął cicho oburzony.
 - A kogo będziemy gościć, Chejronie? – zawołał Felix od stołu Dionizosa.
 - Za chwilę się przekonacie i jak mówiłem, macie traktować ich z …
            Prośbę przerwał mu krzyk.
 - Rzymianie!
            Nie wiem, kto krzyknął, ale od razu zrobił się wielki raban i szum. Wszyscy się zerwali i zaczęli biec do bramy obozu, by przywitać gości. Nawet przez ten hałas słyszałam dumne dźwięki trąb, obwieszczające przybycie legionu. Wlazłam Felixowi na plecy, żeby widzieć więcej. Rzymianie szli w zwartej kolumnie, po pięć osób w rzędzie. Pierwszy rząd wjechał na koniach. Na samym środku jechał jasnowłosy chłopak o niebieskich oczach, po jego prawej stronie jechała dziewczyna o czarnych oczach i włosach, po bokach jej konia szły dwa psy – jeden złoty, drugi srebrny. Obok dziewczyny jechał kolejny chłopak, duży o chińskiej urodzie. Po lewej stronie jasnowłosego chłopaka podróżowała inna dziewczyna o ciemniejszej karnacji, złotych oczach i brązowych włosach. Obok niej był jeszcze jeden chłopaczek. O wiele mniejszy i szczuplejszy o bladej cerze i platynowych włosach.
            Kolumna rzymska była imponująca. Żołnierze prezentowali się pięknie. To był najcudowniejszy widok na świecie. Reyna, Jason, Fran i Hazel im przewodzili, ale chłopaka obok nie znałam.
 - Przywieźli go… - rozległy się szepty. – Tego niebezpiecznego chłopaka…
 - Widzicie go?
 - Ale co on takiego robi?
 - Nie wygląda groźnie.
            Blady chłopak udawał, że nie słyszy ich komentarzy.
 - Felix, kto to?
 - Reyna kilka miesięcy temu mówiła, że dołączył do nich groźny chłopak. To on. Twierdzi, że nazywa się V, ale i tak ludzie za jego plecami mówią Venom.
 - Dlaczego?
 - Bo jest trujący.

            Nie zrozumiałam, o co chodzi, tylko wbiłam wzrok w chłopca. Spojrzał mi w oczy i dostrzegłam złowrogi błysk w jego źrenicach.